Lizbona




W koncu w Lizbonie...Po dlugiej podrozy samolotem zaczelo sie poszukiwanie Andrzeja w porcie. Szukalismy go na szpanerskim doku, wydawalo nam sie, ze tylko jeden jest w porcie. Okazalo sie, ze obok znajdowal sie jeszcze jeden - z Andrzejem oczywiscie. Omylkowo wzielismy go za przemyslowy...
Pierwsza noc na lodzi. Rano autorska andrzejowa jajecznica..
I pierwsze wrazenia z miasta. Lizbona jest niezwykle urokliwa, tajemnicza, pelna malych uliczek wiodacych to w gore, to w dol...ale niestety, bardzo zaniedbana. Duzo kup na ulicach:) kup psich oczywiscie - czyli jak w Polsce. Andrzej narzucil naprawde ostre tempo zwiedzania miasta, ale dzieki temu obejrzelismy Lizbone z mniej turystycznej strony, wloczac sie po zaulkach i nieznanych uliczkach...Poza tym Lizbona w niedziele to naprawde cos w rodzaju miasta po wybuchu bombki atomowej - pusto, pozamykane sklepy...Nieliczne otwarte restauracyjki, prawie tylko w centrum. Dobiegajace z okien odglosy ogladanej telewizji, popularnego fado z radia - to nieliczne dowody, ze domy tutaj ktos zamieszkuje.
Dzisiaj wyplywamy dalej, nastepny przystanek to Cascais, port w poblizu, gdzie zatrzymamy sie prawdobodobnie na wodzie...Moze wyskoczymy na chwile pozwiedzac okolice?
Pozdrowienia dla wiernych czytelnikow!

1 Comments:
fajoska ta fotka z góry z widokiem na miasto:-) mniam:-)! czytanie Waszego opowiadania z podróży pozwala mi się oderwać od cyferek i poczuć ducha przygody, hihi - całusy!
Prześlij komentarz
<< Home