Karoll i Iwo w podróży

Nasze zdjęcia ze wspólnych podróży... ----------------------------------------- Our travel photos...

środa, listopad 29, 2006

Lizbona-Zurych-Warszawa



Rano powitało nas słońce...trochę szkoda, że nie spędzimy tego dnia w Lizbonie...:(Czekała nas za to perspektywa uwięzienia na parę dobrych godzin w stalowych pudłach...Po miłej konwersacji przy śniadaniu z rezydentką naszego hostelu - Liliane - załadowaliśmy na nasze grzbiety wielkie jak góra plecaki i skierowaliśmy się na przystanek autobusowy. Kierunek-lotnisko. Informacje na temat lądowania w Warszawie na razie dobre. Pogoda śliczna, łapiemy ostatnie ciepłe promienie słońca...W Zurychu za to pada i jest 5 stopni ciepła. Tablica lotów nie pokazuje, co z naszym samolotem, więc mimo tego, że mamy zaledwie niecałą godzinę do odlotu, kręcimy się po lotnisku...Nagle wyświetla się ni z tego, ni z owego "last call" przy nr naszego lotu...Czeka nas niezły jogging do autobusu na płytę lotniska. Na szczęście spóźnialskich było więcej. Samolot wypchany do granic możliwości. Stewardessa ładna:) Za oknem niestety nic nie widać - tak będzie aż do końca. Nie widać Warszawy, dopiero na moment przed lądowaniem pojawiają się światła nawierzchni lotniska...Uff, udało się. Mieliśmy szczęście - był to pierwszy przyjęty z Zurychu lot tego dnia...
Teraz tylko taksówka do domu, małe porządki z bagażami, kąpiel...
A poza tym...Pozostaje nam upajanie się wspomnieniami z podróży i czekanie na następne.

wtorek, listopad 28, 2006

W Lizbonie...









Dzis, zgodnie z wczorajszymi planami pojechalismy do Parque das Nações. Czerwona linia metra zawiozla nas na koncowa stacje, Oriente. Nowoczesna stacja metra laczy sie tutaj z rownie nowoczesnym dworcem kolejowym i robi duze wrazenie...Wyjechalismy z zabytkowego centrum miasta, wjechalismy w przyszlosc:) Naszym celem bylo odwiedzenie oceanarium i Pawilonu Wiedzy. Obydwa obiekty mieszcza sie na terenie dawnej wystawy Expo z 1998 roku...Zaczelismy od "podwodnej przygody", ktora przeszla najsmielsze oczekiwania. Oceanarium, najwieksze w Europie, jest podzielone tematycznie pod wzgledem oceanow: Pacyfiku, Oceanu Indyjskiego, Atlantyku, Oceanu Arktycznego i Antarktydy. Mielismy okazje zetknac sie z flora i fauna, jakiej nie mamy okazji spotykac na co dzien.:) Niektore wprawily nas w niemale zdumienie, np. ta ryba. To nasz zdecydowany faworyt:) Pobyt w oceanarium byl naprawde relaksujacy, mozna byloby spedzic tam caly dzien...Dzielem przypadku byl zapewne fakt, ze nasz pokoj w hostelu nazwany zostal imieniem poetki Sophie de Mello Breyner Andresen - a w oceanarium wszedzie wisialy cytaty z jej dziel i poematow...:)
Kolejne ciekawe miejsce to Pawilon Wiedzy. Moglismy tam organoleptycznie sprawdzic rozne zjawiska fizyczne, matematyczne, a takze rozwiazac test na ukierunkowanie swojej plci. Niezla gratka byla przejazdzka rowerem po linie - sprawdzian grawitacji. Niestety, liczna dziatwa szkolna zaklocala spokojne upajanie sie wiedza:) Dzieci portugalskie rozbrykane jak wszystkie inne:)
Potem mala przejazdzka kolejka linowa nad brzegiem Tagu i rzut oka na gigantyczny most rozwieszony pomiedzy jego dwoma brzegami (rowniez zbudowany z okazji Expo'98).
Po poludniu wrocilismy do centrum, krotki relaks i znowu maly kurs po miescie - ostatni rzut oka na miasto. Wsiedlismy do legendarnego, zabytkowego tramwaju nr 28 i wyruszylismy w "trzesaca" podroz. Bylismy swiadkami niemalej awantury, kiedy to samochod zablokowal trase. Po dlugim czasie (pani
motorniczy?motornicza? wydzwaniala zawziecie
), znalazla sie wlascicielka auta - komentarz Karolla "tylko baba mogla tak glupio zaparkowac"...Dojechalismy do konca trasy i poszukalismy jakiejs knajpki z zamiarem kolacyjnym. Skusila nas wystawa pelna mariscos - morskich stworzonek (zapewne oceanarium tak nam zaostrzylo apetyt:)) Po kolacji spacer po centrum - przypadkowo nieopodal Rossio natknelismy sie na dziwny lokal. Maly i oferujacy klientom jedyny rodzaj alkoholu - cos w rodzaju wisniowki, 23-procentowy napitek, podawany w malych plastikowych kubeczkach a la naparstek. Ginjinha rozgrzala nas nieco, bo chociaz w dzien bylo cieplo i slonecznie, wieczory juz chlodne...
Chcielismy przejechac sie takze slynna kolejka linowa - niestety - tu nie mielismy szczescia - remont i "przepraszaja, naprawia jak najszybciej". Wiec tym razem sie nie przejechalismy...
Nalezy tez napomknac o niezwyklym nalogu, jakiego nabawil sie Karoll - okazal sie pozeraczem kasztanow!!! Oczywiscie tych jadalnych, sprzedawanych prosto z paleniska i posypanych gruba sola. Mozna powiedziec, ze stracilismy fortune na kasztany. A przeciez najlepsze sa na placu Pigalle, a nie w Lizbonie:) Ponoc...
Wieczor w hostelu, mnostwo Anglikow (czemu nas to nie dziwi:)), piwko i...wspomnienia. Jutro trwoga, czy uda nam sie wyladowac w zamglonej na maxa Warszawie...

poniedziałek, listopad 27, 2006

Vila Real De Santo Antonio / Lizbona











Tak wiec Karfi odplynal w ciezki rejs (80 mil do pokonania w dwa dni w trojke, uff:(((, a my pozostalismy na brzegu...samotni i opuszczeni:)) Przed nami bylo ok 4,5 h czekania na autobus do Lizbony...Najpierw posiedzielismy troszke na glownym placu miasteczka. Niestety, zrobilo sie dosc zimno i przenieslismy sie na bulwar kolo mariny. Czas dluzyl sie bezlitosnie. Godzine przed odjazdem skierowalismy sie na - szumnie nazwany - "terminal" autobusowy, ktory okazal sie miejscem niczym z Pcimia Dolnego - obskurna wiata, wrzeszczace malolaty puszczajace hity z komorek i zniszczona nawierzchnia asfaltu... Wreszcie (spozniony o 3 minuty) nadjechal nasz autokar. Kierowca, cmokajac bez przerwy, ruszyl w droge. Rozlokowalismy sie wygodnie, przykrywajac spiworem...bylo dosc chlodno. Miloby sie spalo, gdyby nie nagle Cmokajacy Kierowca nie wyrwal nas z objec Morfeusza...Okazalo sie, ze w Faro czeka nas przesiadka i polgodzinne czekanie na kolejny autobus do Lizbony. Nic o tym wczesniej nie wiedzielismy, wiec zaskoczenie bylo duze. Tak oto znalezlismy sie na malo reprezentacyjnym dworcu w Faro...brudno, smierdzace toalety, trupi poblask swiatla:) Na szczescie dalej obylo sie juz bez niespodzianek - okolo 5 rano autobus wtoczyl sie na most 25 kwietnia - ow wspanialy, czerwony most zawieszony nad Tagiem (do zludzenia przypomina Golden Gate)...Wyladowalismy na Sete-Rios, dworcu laczacym sie ze stacja metra Jardim Zoologico. Metro zaczelo prace od 6.30...znow troszke czekania i obserwacji, jak Lizbona budzi sie do zycia. Stolica Portugalii ma cztery linie metra, nazwane kolorystycznie:) - tak wiec jest linia czerwona, zolta, zielona i niebieska. Koszt jednorazowego przejazdu to 0,70 €. Pojechalismy linia Azul (niebieska) do konca, nastepnie linia zielona (Verde) jedna stacje do placu Rossio. Niedaleko mial znajdowac sie nasz hostel ...szybko go zlokalizowalismy i...obudzilismy biednego recepcjoniste:( Nasz pokoj nie byl jeszcze gotowy (mielismy byc o 17.00, a byla 7 rano!), zostawilismy wiec plecaki i ruszylismy w miasto. Do 12.00 mielismy juz dosyc. Po powrocie tylko prysznic i lozko...Musielismy byc bardzo zmeczeni - z przerwami spalismy do 20.00 (21 polskiego czasu). Wyruszylismy na jakies zarelko. W okolicy, w dzielnicy w jakiej sie znajdujemy - Baixa na granicy z Bairro Alto - az roi sie od licznych restauracyjek z lokalna, tradycyjna kuchnia portugalska. Ugoscil nas Estibordo - ryz z owocami morza i omlet z krewetkami byl estava delicioso - czyli po prostu pyszny:) Na nasze nieszczescie pogoda w Lizbonie jest rozpaczliwie placzliwa - pada w ilosciach przewyzszajacych norme. W hostelu mamy darmowy internet, piwo po niewygorowanej cenie...a i sama atmosfera jest ok. Jutro w planach male zwiedzanie miasta, jesli sie uda, chcemy dotrzec do Parque das Nações

niedziela, listopad 26, 2006

Cliff Richards zaprasza na winko


Algarve slynie z wielu wspanialych klifow, ale najbardziej godnym uwagi jest chyba Cliff Richards:) Nie ze wzgledu na wiek:)...Postac znana ze sceny muzycznej, ale bardzo dawnej...Obecnie udziela sie, przynajmniej w tym regionie Portugalii w swiecie sztuki winiarskiej.
Mozna rowniez, za niewielka oplata, pozwiedzac winnice Sira. Winko w cenie ok 8 euro dostepne jest tutaj prawie wszedzie...Nie pilismy niestety, ale nie watpimy, ze jego wino jest niczym muzyka, ktora tworzy:)

Vilamoura / Vila Real De Santo Antonio





W nocy w Vilamourze rozpetala sie burza z dziarska ulewa...Rano woda przyniosla wiele smieci i polamanych patykow. Ale w koncu zdecydowalismy sie na wyjscie z portu. Nie bylo latwo. Karfi przy glowkach portu wspinal sie na fale niczym smialy alpinista, a ocean przypominal grzbiety wysokogorskie. Dalismy rade po paru zrecznych manewrach. Na poczatku wiatr nie mogl sie zdecydowac na jakies powazniejsze akcje, ale potem, po postawieniu spinakera pomknelismy niczym strzala:) (rekord predkosci na mojej wachcie - 7.8 wezla - przyp. Iwo). Niestety, z uwagi na przestoj w Vilamourze musielismy zrezygnowac z przystanku w Faro - od razu kierowalismy sie ku ostatniemu, graniczacemu juz z Hiszpania portowi - Vila Real De Santo Antonio. Nocne podejscie do portu okazalo sie kleska, fala przyboju nie dala nam szans na spokojne zawiniecie. Byc moze dlatego, ze nie mielismy tak wspanialej eskorty jak w przypadku Lagos - delfiny towarzyszyly nam zwarta ekipa, pomimo wlaczonych silnikow...Tu delfinow nie bylo, byly za to klebiace sie fale, noc i zlowieszcze blyski burzy nad Afryka...Noc spedzilismy zakotwiczeni przy jakiejs hotelowej plazy. Bujalo okropnie, wiec trudno zaliczyc to do super odpoczynku. Rano nieco pomieci, sprobowalismy raz jeszcze sforsowac wejscie do portu. Tym razem, na fali przyplywu, udalo sie. Plynac w gore rzeki Rio Guadiana, bedacej naturalna granica z Hiszpania, dotarlismy do niewielkiej mariny. Rowniez nie bylo latwo, prad rzeki okazal sie jeszcze jedna przeszkoda na naszej drodze. Sniadanie - nasze ostatnie na Karfim, dzis sie rozstajemy. Wieczorem lapiemy autobus do Lizbony, gdzie zabawimy jeszcze dwa dni...
Tymczasem ostatnie porzadki w naszej kajucie, przygotowania do obiadu i maly spacer po miescie...znowu niedziela, wiec wiekszosc sklepow zamknieta. Ciekawostka - najwieksza ilosc tych otwartych to sklepiki z...recznikami i obrusami. Nie wiemy, czy to przypadek, czy miejscowa specjalnosc. Za rzeka widac juz Hiszpanie i graniczne miasto Ayamonte. Na rzece jest most w stylu siekierkowskim:) i regularnie kursujacy prom.
***
Ciezko nam bedzie sie rozstac z Karfim, choc ostatni, nocny rejs dal sie nam wszystkim we znaki. Mamy nadzieje, spotkac sie jeszcze na jakis szerokich wodach...Na razie zyczymy wszystkim przyszlym zalogom Karfiego, a przede wszystkim Kapitanostwu pomyslnych wiatrow i dziekujemy za zyczliwe przyjecie nas, choc na chwile, do swojej wodnej rodziny. Ahoj Karfi, do zobaczenia!

piątek, listopad 24, 2006

W kleszczach Vilamoury



Wieje, wieje i nie moze przestac...Bedziemy tutaj juz trzecia noc, nie ma raczej szans na bezpieczne wyjscie. Caly czas jest ok 7 w skali B. Na szczescie mamy niedaleko sklep z winami, blisko toalety:), nieco dalej (z grubsza 1 km) internet, ale za to darmowy i sale z bilardem - tez gratis...W nocy przezylismy chwile grozy, Karfiego zepchnelo nieco dziobem na pomost, dodatkowo faly walil o maszt melodie nie dajaca spokojnie usnac...Na szczescie szybka akcja Karolla i Krzyska, a potem Kapitana uratowala sytuacje.
Duzy wiatr ma swoje plusy - nie trzeba suszyc glowy po wyjsciu spod prysznica, wiatr uklada fantazyjna koafiure w dwie minuty:)
***
Dzisiejsza plaza i ocean przypomina pole bitwy, ale wczoraj przed poludniem bylo calkiem przyjemnie. Chodzilismy wzdluz brzegu wybierajac co ciekawsze muszelki i obserwujac male, wscibskie ptaszki, dreptajace po piasku. Klify tutaj maja barwe piaskowo-ochrowa, sa chyba ciekawsze kolorystycznie niz te z okolic Lagos...Zwiedzalismy miasto i sklepy, glownie ogladajac.
Wieczor zwienczyla tradycyjnie (juz:)) szklaneczka porto.
***
Czekamy, co przyniesie nam jutrzejszy dzien...

czwartek, listopad 23, 2006

Vilamoura




Marina w Vilamourze jest chyba najwieksza i najbardziej szpanerska ze wszystkich, jakie dotad odwiedzilismy. Bardzo rozlegla, wokol mnostwo sklepow. Praktycznie polaczona scisle z centrum miasta, wydaje sie byc sercem tej miejscowosci. Wokol Vilamoury rozciagaja sie liczne pola golfowe...(dla zainteresowanych - nie gralismy:)) Stacjonuje tutaj cala kupa wypasionych jachtow, przy ktorych Karfi wyglada jak skromna lupinka.
Na razie siedzimy tutaj, moze po poludniu zapadna jakies decyzje co dalej. Przed nami jeszcze
z trzy porty...Prognozy pogody nie sa zachecajace i jesli sie nic nie zmieni, moze byc nawet do 8 stopni w skali Beauforta w nocy. Lepiej wiec nie ryzykowac, chociaz jazda z predkoscia ok 8 wezlow bylaby pewnie calkiem, calkiem:)

Albufeira / Vilamoura










W Albufeirze wzdluz nabrzeza mariny ustawione zostaly figurki delfinow, ktore pomalowano w rozne wzory przez (moze) tutejszych artystow lub zdolna mlodziez:) W kazdym razie jest to podobny zabieg - akcja, jak Cow Parade, gdzie maluje sie krowy...Delfiny tutaj sprawiaja b. sympatyczne wrazenie i na pewno dodaja kolorytu temu miejscu...
***
Podczas prac porzadkowych na jachcie slyszymy z drugiej kei "Is this polish boat?". Potwierdzamy i w odpowiedzi kolejne zawolanie "Witamy serdecznie!"...Lekkie zdziwienie. Za pare chwil pojawia sie przy Karfim para z osmioletnim moze chlopcem. On Polak, zamieszkaly w Portugalii od lat 80-tych, ona Portugalka. Pan Andrzej z przyjemnoscia powital nasz jacht w Albufeirze. Znowu jestesmy tutaj pierwszymi Polakami!:))
***
W Albufeirze, tuz przy plazy, ciagnie sie spory pas klifow. Wszedzie ostrzezenia przed spadajacymi skalami. Spacerujemy obmywani przez spore fale przyplywu.
Jeszcze tylko krotka przechadzka po miescie i kolo 15.00 czasu polskiego ruszamy w kierunku niedalekiej Vilamoury. Niespiesznie poczatkowo, bo wiatr leniwie dmie w genue. Pozniej miejscami plyniemy nawet ponad 3 wezly...

wtorek, listopad 21, 2006

Portimao / Albufeira





Stanelismy na kotwicy, w niewielkiej zatoczce. Na brzegu stozkowa sylwetka miasteczka i kosciol, z ktorego wiezy slychac pieknie wygrywane kuranty...Rano, po sniadaniu poplynelismy wzdluz rzeki (Rio Arade) i przycumowalismy przy miejskiej przystani. W kapitanacie zywego ducha-niedziela...Aby wydostac sie na miasto, podzielilismy sie na grupy - kazdemu przyslugiwala ok 2h wycieczka...Miasteczko leniwe (bo niedziela), wiekszosc sklepow pozamykana (bo niedziela)...Nieco nas Portimao rozczarowao:)
Noc na kotwicy w poblizu falochronu. Po sniadaniu ruszamy dalej. Prawie caly dzien leniwej, niespiesznej zeglugi. Zazywamy kapieli slonecznej i podziwiamy skaliste wybrzeze Algarve.
Na noc zatrzymujemy sie w Albufeirze - kameralna, nowoczesna marina, ukryta w glebi ladu, polaczona z oceanem dlugim kanalem...Dookola mariny wesole, optymistyczne budynki.
Albufeira jest turystycznym kurortem, z malowniczymi plazami...Chociaz po sezonie, zycie w miasteczku tetni. Oczywiscie turystyka szczegolnie serdecznie nastawiona jest na Anglikow. Mimo, ze nimi nie jestesmy, jakos dajemy rade:)
Jutro ruszamy ku kolejnej przystani...

Lagos





Caly wieczor wloczylismy sie po Lagos. Duzo Angoli i wlasciwie wszystko nastawione na nich. Dosc drogo, ale male piwo mozna zdybac juz za 1 euro... Duzo klimatycznych knajpek, sklepow z winami i pamiatkami. Pogoda dosc kaprysna, jak to ponoc zwykle tutaj jesienia- przelotne deszcze, potem slonce. W nocy znowu troche padalo, ale rano, jakby w nagrode, wyszla piekna tecza...
***
W centrum Lagos jest niewielki pomnik Dom Sebastiao-przypomina kosmonaute i niektorzy ponoc rzeczywiscie mysla, ze jest to jakis spaceman:) W rzeczywistosci jest to XVI w. chlopiec, ktory w wieku 14 lat stal sie krolem (1568) i ustanowil Lagos miastem w 1573. Pozniej zaginal podczas walk z muzulmanami w Maroku. Poniewaz jednak nikt nigdy nie potwierdzil jego smierci, Portugalczycy do dzis nadal wierza, ze Dom Sebastiao zyje i wroci w ktorys mglisty dzien...
***
Schronilismy sie przed deszczem nieopodal pierwszego ponoc w Europie (1441) targu niewolnikow przywozonych tu z Afryki...Wzdluz bulwaru mnostwo pomnikow krolow i odkrywcow, ruiny fortu...
Po sniadaniu deszcz powrocil ze zdwojona sila. Nie zrezygnowalismy jednak ze spaceru nad Atlantyk. Piasek na plazy tutaj ciezki, zolto-czerwony, kryje mnostwao ladnych, duzych muszelek. Woda w oceanie cieplejsza niz w Baltyku (w sierpniu:)) W polowie drogi zlapala nas ulewa. Znalezlismy przytulisko w plazowym barze z przepieknym widokiem na zatoke, niestety, cala skapana w deszczu...
W drodze powrotnej wstapilismy na dworzec-nowoczesny i blisko mariny. Pociagi niestety spalinowe, bardzo halasuja i ... smierdza. Nie zauwazylismy zadnej trakcji, byc moze jest tak wszedzie...
Po powrocie do mariny znow sie rozpadalo. Chwile poczekalismy i decyzja - ruszamy dalej. Najpierw maly rejs wzdluz wapiennych klifow-fantastyczne ksztalty wylaniaja sie prosto z wody. Pozniej - kierunek wschod...