Lizbona-Zurych-Warszawa


Rano powitało nas słońce...trochę szkoda, że nie spędzimy tego dnia w Lizbonie...:(Czekała nas za to perspektywa uwięzienia na parę dobrych godzin w stalowych pudłach...Po miłej konwersacji przy śniadaniu z rezydentką naszego hostelu - Liliane - załadowaliśmy na nasze grzbiety wielkie jak góra plecaki i skierowaliśmy się na przystanek autobusowy. Kierunek-lotnisko. Informacje na temat lądowania w Warszawie na razie dobre. Pogoda śliczna, łapiemy ostatnie ciepłe promienie słońca...W Zurychu za to pada i jest 5 stopni ciepła. Tablica lotów nie pokazuje, co z naszym samolotem, więc mimo tego, że mamy zaledwie niecałą godzinę do odlotu, kręcimy się po lotnisku...Nagle wyświetla się ni z tego, ni z owego "last call" przy nr naszego lotu...Czeka nas niezły jogging do autobusu na płytę lotniska. Na szczęście spóźnialskich było więcej. Samolot wypchany do granic możliwości. Stewardessa ładna:) Za oknem niestety nic nie widać - tak będzie aż do końca. Nie widać Warszawy, dopiero na moment przed lądowaniem pojawiają się światła nawierzchni lotniska...Uff, udało się. Mieliśmy szczęście - był to pierwszy przyjęty z Zurychu lot tego dnia...
Teraz tylko taksówka do domu, małe porządki z bagażami, kąpiel...
A poza tym...Pozostaje nam upajanie się wspomnieniami z podróży i czekanie na następne.











































